Kawa
Lokal zamykany o szesnastej
Lokal jest mały. Stoliki stoją tak blisko, że łokcie prawie się mijają. Jedno krzesło wychodzi na chodnik, dopóki ktoś go nie wciągnie. Nad drzwiami wisi karton napisany markerem: otwarte do szesnastej. Nie ma tu mowy o wieczorze. Po szesnastej ta kawa po prostu nie istnieje.
Przychodzę wcześniej, kiedy jeszcze pachnie zmieloną porcją i mokrym ręcznikiem przy blacie. Biorę filiżankę i stoję, bo miejsce przy oknie jest zajęte przez człowieka, który czyta coś złożonego na pół i nie podnosi wzroku. Nie siadam obok. Z chodnika widzę wystarczająco.
O szesnastej nie dzieje się ceremonia. Ktoś gasi górne światło. Zostaje lampa nad blatem, potem i ona. Krzesło z chodnika wchodzi do środka nogami do góry, na blat. To jest znak pewniejszy niż kartka. Jak widzę odwrócone siedzisko, wiem, że lokal skończył dzień, nawet jeśli drzwi jeszcze przez chwilę są uchylone.
Nie znam imienia osoby za blatem. Nie pytam, czemu szesnasta, a nie później. Widzę wybór powtarzany dzień po dniu: światło gaśnie, kiedy na ulicy jest jeszcze jasno. Inne witryny obok dalej są otwarte. Ta jedna ma już szybę, w której odbija się niebo, a nie wnętrze.
Filiżanka, którą oddaję, jest cienka i wyszczerbiona przy uchu. Nie narzekam. Wyszczerbienie jest stare, opalcowane, nie z dzisiaj. Ktoś tu pije z tych samych naczyń od dawna i nie wymienia ich tylko dlatego, że brzeg jest nierówny. To też da się zobaczyć, bez rozmowy.
Po zamknięciu przechodzę drugą stroną ulicy. W oknie zostaje krzesło i ciemność. Na szybie smuga po ręce, na wysokości twarzy. Jutro rano ktoś ją wytrze albo nie. Zapisuję godzinę z kartonu, bo wisi, i zapisuję krzesło, bo jest odwrócone. Reszta, czyli dlaczego ten lokal nie chce wieczoru, nie jest moja.
Wieczór na tej ulicy dzieje się bez niego. Ludzie idą dalej, z innymi kubkami, z innych drzwi. Ten lokal zostawia po sobie tylko ciemny prostokąt i zapach kawy, który jeszcze chwilę trzyma się progu, a potem miesza się z ulicą i znika.