Deszcz
Człowiek z gazetą nad głową
Deszcz zaczął się na pasach, nie wcześniej. Do skrzyżowania płyty były suche. Na środku jezdni już ciemniały. Nie miałam parasola. Torebka na ramieniu wystarczyła na włosy przez pierwsze kroki, potem przestała.
Przede mną szedł człowiek z gazetą nad głową. Nie biegł. Trzymał rozłożone strony tak, jak trzyma się dach: obie ręce, łokcie w górze, papier już ciemny na zgięciu. Nagłówków nie czytałam. Z tej odległości widać tylko szarość druku i to, że jedna karta odchyla się na wietrze i klei do czoła.
Gazeta jako dach działa krótko. Po chwili przykleiła mu się do rękawa. On i tak szedł równo, jakby umówił się z deszczem na zwykłe tempo, nie na ucieczkę. Buty miał ciemne od wody. Moje też, zanim doszłam do wiaty.
Pod wiatą stały już osoby i nie robiły miejsca, bo miejsca nie było. Zostałam na krawędzi, tam gdzie krople spadają z daszku za kołnierz. Człowiek z gazetą minął wiatę. Nie wszedł. Może mu było bliżej, może nie lubi tłoku pod plastikiem. Gazetę złożył w kostkę i położył na koszu, który i tak był pełny. Kartki zostały na wierzchu, od razu mokre na wylot.
Nie wiem, czy to była jego gazeta, czy znaleziona na ławce. Nie pytałam. Widziałam narzędzie, które przestało być narzędziem w chwili, gdy papier przestał trzymać kształt. Potem został zwykły mokry stos na koszu. Ktoś rano go zdejmie albo wiatr zrzuci na jezdnię.
Deszcz nie był burzą. Był taki, przy którym da się iść, jeśli zgadzasz się na mokre rękawy. Kałuże na płytach miały kształt poprzednich butów. Obchodziłam je albo nie, zależnie od tego, czy kałuża była szersza niż krok. Przy warzywniaku ktoś wciągał skrzynki pod daszek. Liście sałaty leżały już w wodzie i nikt ich nie ratował.
Jak deszcz zelżał, na chodniku został zapach ciepłego pyłu. To jest ta chwila, którą chcę zdążyć zapisać, zanim wyschnie: miasto pachnie inaczej i zaraz wraca do spalin. Gazety na koszu już nie było, kiedy wracałam tą samą stroną. Albo ktoś ją wziął, albo zjechała za krawężnik. Dach zniknął razem z potrzebą.